Najczęściej czytane

niedziela, 14 czerwca 2015

Cena - część 4 - OSTATNIA

Minęły trzy kolejne dni pracy Jamiego w laboratorium. Codziennie wstawał przed ósmą, jadł śniadanie przywiezione z fast food'u i brał się do pracy. Kończył o ósmej wieczorem pakując przygotowane porcje do lodówki. W ciągu dwunastu godzin pracy robił sobie kilka krótkich przerw na papierosa. Wieczorami zasypiał słuchając muzyki, przeglądając kolejne komiksy i popijając mountain dew z wódką. Jego rozmowy z Jackiem ograniczały się do kilkuzdaniowych opinii na temat muzyki lub komiksów. Choć poczuli, że mają wspólne pasje oraz zainteresowania to czarnoskóry chłopak wiedział, że nie może się z nim w żaden spouchwalać. Tego wieczora Jamie leżał powoli przysypiając. Gdy tylko zobaczył, że w filmie zaczęły się napisy końcowe od razu zamknął oczy. Nie bardzo rozumiał fabułę, ale zaciekawiły go w nim sceny akcji. Dosłownie po chwili zasnął. Obudził się wyjątkowo przed siódmą. Powodem było nic innego jak powstały hałas. Wytworzył go nikt inny jak Mike wraz z czwórką swoich ochroniarzy. Chłopak wstał z łóżka i w prowizorycznej umywalce przemył twarz. Brakowało mu domowej łazienki i prysznica. Mike spojrzał na niego i spytał:
- Jak idzie praca?
- Bardzo dobrze. Mam dla ciebie siedem kilogramów. Do końca tygodnia będzie około siedemnastu.
- Wspaniale! - odparł szef gangu klaskając dłońmi, po czym dodał - Czegoś ci potrzeba?
- Tak. Jeżeli nie mogę wrócić do mojego mieszkania to niech twoi ludzie zabiorą mnie do hotelu, żebym mógł się wykąpać - powiedział Jamie.
- Zobaczę co da się zrobić - odpowiedział Mike i skierował się do wyjścia. Zanim ruszyli jego ludzie oraz Jack, gdy tylko szef do niego skinął.
Jamie został sam. Czekał na rozwój wydarzeń. Po dwudziestu minutach wrócił jego ochroniarz i powiedział:
- Chłopaki na ciebie czekają. Możesz z nimi jechać do hotelu.
- Dzięki. Tylko pamiętaj nie dotykaj sprzętu - odpowiedział chłopak, po czym wyszedł.
Dwóch ludzi ze świty gangstera zabrało go do pobliskiego motelu, gdzie mógł doprowadzić się do porządku. Po około dwóch godzinach był z powrotem w magazynie i zabrał się do pracy. Dostał również wiadomość, że jak tylko skończy się tydzień jego pracy to będzie mógł wrócić do siebie. Była to dla niego świetna infomacja, ale bardzo zależało mu również na kasie, więc w ostateczności praca nie była dla niego taka zła. Wiedział, że musi znieść pewne nie wygody.
***
Od zaginięcia chłopaka minął właśnie tydzień. Steve Carmine siedział w swoim biurze jak codziennie. Zbliżała się godzina dwudziesta. Dostał telefon. Wymienił kilka zdań ze swoim rozmówcą i rozłączył się. Wyszedł z gabinetu i powiedział:
- Migel. Dave. Do mnie.
Po czym wrócił do pomieszczenia i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Jego podwładni pojawili się w środku w ciągu niecałych dwóch minut.
- Co jest szefie? - spytał Dave.
-  Zapewne pamiętacie te magazyny, gdzie znaleźliśmy trzy ciała. Pojedziecie tam i będzie obserwować ten z numerem dwadzieścia dwa. Nie podejmujcie żadnych działań. Macie widzieć wszystko. Jutro rano zdacie mi z tego raport. Pamiętajcie, do cholery, macie być czujni. Jeśli spieprzycie to tak, jak z tym chłopakiem, dostanie mundury i pałki do patrolowania ulic - oznajmił Steve.
- Szefie, możesz na nas liczyć. Damy z siebie wszystko - odparł Migel.
- Jedźcie już. Macie przed sobą dużo pracy - powiedział Carmine i przeniósł swój wzrok na ekran monitora.
Detektyw przejrzał dokładnie mapy online i po około piętnastu minutach opuścił swe biuro. Udał się prosto do swojego mieszkania.

Dave oraz Migel siedzieli w aucie około dwustu metrów od, wskazanego im przez szefa, magazynu. Spokojnie popijali kawę patrząc na główne wejście. Nie spodziewali się, że cokolwiek może się wydarzyć. Liczyli na święty spokój przez całą noc. W pewnym momencie w okolicy pojawiła się biała furgonetka marki chevrolet. Wysiadło z niego pięciu mężczyzn, jednak detektywi wiedzieli, że nie mają podejmować jakichkolwiek działań. Tamci weszli do środka. Chwilę ciszy przerwał Migel:
- Wiesz co, skocze po jakieś żarcie i kawę, a ty siedź i patrz czy nic się nie stanie.
- Dobra, ale wracaj szybko - odparł Dave.
- Ok - powiedział latynos, po czym wysiadł z auta i ruszył w kierunku pobliskiego fast foodu.
Kupił kilka hamburgerów, frytki oraz dwie duże kawy. Do samochodu wrócił po około trzydziestu minutach. Zajął miejsce po stronie pasażera. Podał swemu partnerowi jedzenie oraz gorący napój. Dave powiedział:
- Nic się nie dzieje. On chyba naprawdę rozpamiętuje to, że tamten chłopak nam spierdolił.
- Pewnie tak - odparł Migel i po krótkiej chwili przerwy, podczas której ugryzł spory kawałek kanapki dodał - Cały czas podchodzi do wszystkiego cholernie nerwowo. Nie wiem co by zrobił żonie, gdyby go zdradziła.
Dave zaśmiał się i powiedział:
- On jest kimś, kto dokładnie wiedziałby co zrobić z taką kobietą, ale przecież Carmine nie ma żadnej na stałe.
W tym momencie obok auta detektywów pojawiła się biała furgonetka oklejona reklamą firmy hydraulicznej. Obaj śledczy byli zdziwieni, że ktoś podjechał właśnie do nich. Wiedzieli, że musza zachować wszelkie środki ostrożności. Z pojazdu wysiadł mężczyzna ubrany w kombinezon roboczy. Na głowie miał czarną czapkę z daszkiem, na której widniało logo firmy. Podszedł do osobowego auta i zastukał w szybę. Dave spojrzał porozumiewawczo na swego i powoli otworzył okno. Robotnik powiedział:
- Dobry wieczór. Co panowie robią tutaj o tej porze?
- To nie pańska sprawa - odparł Migel.
- Nie wiedzą panowie, że to bardzo niebezpieczne miejsce tak późnym wieczorem - oznajmił hydraulik.
- Proszę stąd odjechać. Niech pan nam nie przeszkadza - powiedział stanowczo Dave pokazując odznakę.
- Obserwujecie magazyn numer dwadzieścia dwa? - zapytał nieznajomy.
Śledczy spojrzeli na siebie. Nie wiedzieli skąd mężczyzna miał o tym jakiekolwiek pojęcie. Nagle Dave poczuł chłód tuż przy swej skroni. Chciał sięgnąć po broń. Wtedy mężczyzna dwukrotnie nacisnął spust pistoletu. Głowa detektywa opadła na kierownicę. Migel mógł jedynie obserwować to co stało się w ułamku sekundy. Robotnik uniósł broń wyżej i oddał dwa strzały prosto w głowę latynosa. Opadł on na boczną szybę, po której zaczęły spływać strugi krwi. Na podłodze pod kierownicą zaczęła zbierać się krew. Śladów wewnątrz pojazdu było niewiele. Mężczyzna wiedział jakiej amunicji użyć, aby nie było ran wylotowych. Tłumik też wykonał swoją robotę. Otworzył drzwi po lewej stronie auta. Zamknął elektrycznie sterowaną szybę. Na dłoniach miał czarne, skórzane rękawiczki. Zatrzasnął drzwi od pojazdu, zabrawszy wcześniej pistolety obu facetów. Zatrzymał się nieopodal wspomnianego magazynu w nieoświetlonym miejscu. Zgasił silnik i po prostu siedział. Jedyne co musiał teraz robić to czekać.
***
Jamie siedział w magazynie razem z Jackiem. Czekali na Mike'a, który miał wpaść późnym wieczorem, wraz ze swoimi ludźmi, po odbiór przygotowanych do sprzedaży porcji narkotyku. Przybyli na miejsce około w pół jedenastej. Wraz z gangsterem było czterech jego ochroniarzy. Młody chemik był zadowolony, że wreszcie, po całym tygodniu prowizorycznego życia, będzie mógł opuścić tą śmierdzącą norę. Mike tego wieczora był wyjątkowo małomówny. z ubocza obserwował jak jego ludzie pakują towar do dwóch dużych toreb podróżnych. W pewnym momencie przerwał milczenie i rzekł:
- Ile tego jest w sumie?
- 16 kilogramów i 903 gramy dokładnie - odparł Jamie.
- No dzieciaku, nieźle. Wykazałeś się. Miało być dziesięć, a jest prawie siedemnaście. Trzymaj kasę - powiedział i wręczył chłopakowi kopertę z pieniędzmi.
Młodzieniec zerknął do środka i przesuwając palcem po banknotach obliczył, że w środku znajduje się dwieście tysięcy dolarów. Był strasznie zdziwiony. Nie spodziewał się, że może w jakikolwiek sposób zarobić tyle kasy przez zaledwie tydzień. Spojrzał w kierunku swego szefa, lecz nie miał zamiaru dać po sobie czegokolwiek poznać. Mike chciał jak najszybciej odesłać chłopaka do domu. Pozwolił mu chwilę nacieszyć się okrągłą sumką, po czym powiedział:
- Jack, będziesz go eskortował do domu. W tej torbie są ubrania. Jamie możesz tam ukryć swoje pieniądze. Jack musi jechać z tobą, bo wiesz, że nigdy nic nie wiadomo.
- Ok szefie. Spadamy - odparł Jack.
- Do zobaczenia - powiedział Jamie a Mike odpowiedział jedynie przelotnym uśmiechem, który zniknął z jego twarzy równie szybko jak na niej zawitał.
Młodzi mężczyźni skierowali się do wyjścia. Jack uchylił drzwi tak, aby obydwaj mogli wyjść na zewnątrz bez potrzebny przeciskania się. Ogarnęły ich przenikliwe ciemności. Nie mogli dostrzec niczego co znajdowało się chociażby pięć metrów od nich. Spokojnym krokiem skierowali się w stronę przystanku autobusowego. Jack wiedział, gdzie stoi jego auto specjalnie przygotowane na tą okazję. Poczuł ogromne zaskoczenie, gdy pomiędzy budynkami zobaczył zaparkowaną furgonetkę. Była biała i miała na sobie jakieś napisy. Tylko to zdołał spostrzec. Wyciągnął niewielką latarkę z kieszeni, oświetlił tył pojazdu i powiedział:
- Hydraulik? Tutaj? O tej porze?
- Nie obchodzi mnie to! Chce tylko wrócić do domu - odparł Jamie.
- Kurwa! Mówię, że to dziwne. Rozumiesz, do cholery?! - oznajmił dosadnie Jack, jednak osoba znajdująca się nawet dwa metry dalej nie usłyszałaby czegokolwiek z jego wypowiedzi.
Gdy Jamie chciał zrobić krok do przodu czarnoskóry chłopak mocno szarpnął za jego bluzę, tak by być pewnym, że nie zrobi on żadnego ruchu. Schował latarkę do tylnej kieszeni swoich spodni. Wziął telefon do lewej ręki. W prawej trzymał odbezpieczony pistolet kalibru 9mm. Ten sam, którym za chwilę miał zastrzelić chemika. Chciał wybrać numer do swego szefa, aby móc go ostrzec. Zaczął naciskać kolejne klawisze na dotykowym wyświetlaczu smartfona po wybraniu funkcji dzwonienia.
- 5, 4, 7... - kolejne cyfry wyświetlały się na ekranie wraz z dźwiękiem oznajmiającym wybranej jednej z nich. Nagle usłyszał kroki z tyłu.
- Kur.. - tylko tyle zdążył powiedział, gdy jego głos nagle się załamał, a trzymane w rękach przedmioty upadły powodując niewielki hałas. Zaraz potem Jack opadł najpierw na kolana, a potem uderzył twarzą o betonowe podłoże. Jamie nie wiedział jak się zachować. Stał w bezruchu, strasznie się bał. Czuł jak wielkie strugi potu zaczynają spływać mu po plecach.
- Odwróć się - usłyszał.
- Czego ode mnie chcesz? - powiedział półgłosem.
- Ilu ludzi jest w środku?
- Gdzie?
- Gówniarzu nie żartuj sobie do jasnej cholery! - wykrzyczał mężczyzna, którego Jamie nawet
nie mógł dostrzec pośród ciemności, jednak on widział chłopaka doskonale.
- Pięciu. Mike i jego ochroniarze - odparł Jamie, ponieważ liczył, że posłuszeństwem zasłuży sobie na pozostawienie go przy życiu.
- Spisałeś się młody - powiedział spokojnie mężczyzna.
- Nie, proszę. Nie zabij... - w tym momencie kula dosięgła jego głowy. Dostał prosto w środek czoła
i uderzył tyłem czaszki o beton. Obok niego spoczęła torba z dwustoma tysiącami dolarów, na którą pozostają w cieniu mężczyzna nawet nie zwrócił uwagi.
Powolnym krokiem udał się do magazynu z numerem dwadzieścia dwa. Mike i jego ludzie spodziewali się Jack'a, która miał zabić dzieciaka i dołączyć do nich. Drzwi magazynu uchyliły się nieznacznie. Dla niego to było wystarczające, aby dostrzec w jakich pozycjach znajdowali się zgromadzeni w środku mężczyźni. Szef gangu stał delikatnie na uboczu prowadząc z kimś zagorzałą rozmowę. Pewnie już myśli jak sprzedać ten towar - pomyślał. Sięgnął do paska. Nagle znajdujący się w środku gangsterzy usłyszeli dźwięk odbijanej się od podłoża metalowej kulki. Nawet nie zdążyli się ruszyć. Granat wybuchł tuż obok czterech ochroniarzy Mike'a. Zabójca wszedł do środka. Skierował się leżącego w kałuży krwi czarnoskórego mężczyzny. Wiedział jak wycelować, aby on przeżył. Sam ułatwił całą sytuację dobijając targu zanim bezpiecznie opuścił ten teren. Leżał w kałuży swej własnej krwi. Był lekko oszołomiony. Spojrzał w kierunku swych ochroniarzy. Ich ciała były zmasakrowane odłamkami. Teraz z pewnością nie poznałby żadnego z nich. Sam czuł się dziwnie, widział, że ktoś się do niego zbliża.
- Michael Taylor. Zobacz co ty ze sobą zrobiłeś - usłyszał.
- Kim ty... do chole..., cholery jesteś - wydobył siebie powolnie umierający gangster.
- Zażyłeś sobie tego, prawda?
- Tak, a skąd wiesz? - Mike był zdezorientowany.
- Spójrz na siebie. Leżysz tutaj w kałuży krwi. Masz rozwalone wnętrzności, a nadal myślisz trzeźwo. Patrzysz, żeby podnieść broń i mnie zastrzelić - powiedział mężczyzna.
- To takie jest działanie tego gówna?
- Dokładnie. A może chciałbyś jakieś wyjaśnienia zanim umrzesz?
- Dlacz... dlaczego ja?
- Dobrze wiesz dlaczego. Chcieliśmy sprawdzić kto ma wtyczki w wysokich władzach. Wyszło na ciebie. Coś jeszcze?
- Skąd ten dzieciak wiedział... jak to zrobić?
- Porwaliśmy go i zaszczepiliśmy mu w pamięci umiejętność wytworzenia tego leku. Potem wystarczyło parę działań z naszej strony.
Mike powoli zaczynał widzieć normalnie. Spojrzał na twarz mężczyzny znajdującego się zaledwie trzy metry od niego. Chwilę ciszy wykorzystał, aby przejrzeć zasoby swej pamięci. Był, że już kiedyś widział go. W końcu rzekł:
- Kurwa... Steve Carmine? Ty... ty pracujesz dla nich?
- To tylko jedna z moich tożsamości - odpowiedział zabójca.
- Zastrzelisz mnie? - zapytał gangster.
- Nie, nikt cię tutaj nie znajdzie. Zrób sobie rachunek sumienia. Pamiętaj, że sprawiedliwość zawsze zwycięży. Ona odezwie się do każdego. Twoi przyjaciele również dzisiaj staną z nią twarzą w twarz - wyjaśnił.
- Ktoś cię w końcu zabije. Żaden z was nie będzie żył wiecznie - powiedział z ogromnym wysiłkiem Mike. Choć nie czuł bólu, to wypowiadanie kolejnych słów sprawiało mu coraz większy problem.
- Michael... Och Mike. Zapamiętaj jedno. Wytęż słuch.
- Coś może cię ochronić przed śmiercią?
- Nie można zabić kogoś, kto już nie żyje. Pomyśl nad tym, zanim umrzesz. Odejdź z godnością. Pogódź się z tym - powiedział spokojnie mężczyzna, po czym skierował się w stronę wyjścia z magazynu. Pozwolił czarnoskóremu mężczyźnie odejść w spokoju. Sam po prostu zniknął. Rozmył się we wszechogarniających ciemnościach. 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Cena - część 3


   W zaparkowanym pod mieszkaniem Jamiego lincolnie siedziało dwóch mężczyzn. Mieli śledzić chłopaka. Nie zdziwiło ich, że do późnego ranka nawet nie wystawił nosa z domu. Tuż przed jedenastą usłyszeli na radiu:
- Nadal siedzi na dupie?
- Jasne szefie. Nawet nie wyszedł za próg - odpowiedział siedzący na miejscu pasażera.
- Sprawdźcie to. W tej chwili - Carmine był strasznie zdenerwowany. Z pewnością nawet się nie przykładali do powierzonego zadania, gdy osobiście nie czuwał nad ich pracą.
Niechętnie wysiedli z wygodnego auta. Ruszyli w stronę budynku. Weszli do środka. Było strasznie cicho. Nie słyszeli zupełnie nic. Stanęli przed drzwiami mieszkania wynajmowanego przez chłopaka. Jeden z nich zapukał. Z wewnątrz nie dobiegał żaden dźwięk. Dave powiedział przez radio:
- Szefie nic nie słychać ze środka.
- Jak to nie słychać! Zapukajcie do cholery! - Steve tracił wszelkie pozostałości cierpliwości.
- Już pukaliśmy. Brak jakiegokolwiek odzewu.
- Kurwa, spróbujcie jeszcze raz trochę głośniej, może śpi.
Migel, niższy, ciemnowłosy latynos, walnął kilkukrotnie pięścią w drzwi. Nadal nie mogli usłyszeć czegokolwiek co mogłoby świadczyć, że w środku ktokolwiek jest.
- Szefie, nikt się nie rusza. Co mamy robić? - powiedział zrezygnowany Dave.
- Cholera... - Carmine nie wiedział co robić. Doskonale rozumiał co może mu grozić jeśli, któryś z jego przełożonych dowie się o włamaniu do mieszkania. Z drugiej strony cały czas musiał ryzykować. Bił się ze swymi myślami. W końcu rzekł:
- Migel, mógłbyś?
- Jasne, szefie - odpowiedział radośnie latynos, ponieważ zawsze lubił, gdy sprawa przybierała taki obrót.
Rozpiął marynarkę i z wewnętrznej kieszeni po lewej stronie wyjął zestaw wytrychów. Dave wyciągnął broń z kabury. Odbezpieczył ją i był gotów osłaniać partnera. Zamek poszedł bardzo sprawnie. Po niecałych trzydziestu sekundach mogli wchodzić. W tym momencie byli maksymalnie skupieni. Żaden z nich nie chciał dostać kulki od jakiegoś zdesperowanego dzieciaka. Migel uchylił drzwi tak, że widoczna była około pięciocentymetrowa szczelina. Latynos wyciągnął broń i odbezpieczył. Dave mocno kopnął drzwi i obaj weszli do środka. Sprawdzili dokładnie wszystkie pomieszczenia, z których składało się mieszkanie. Nie było tam nikogo. Obydwaj byli przerażeni. Nie wiedzieli jak zameldować zaistniałą sytuację swemu szefowi. Dave cały czas czuł jak drżą mu ręce, odkąd wyjął krótkofalówkę. Nacisnął przycisk, odczekał jakieś dziesięć sekund i powiedział:
- Szefie...
- Co do cholery?! - Steve siedział jak na szpilkach i czekał na jakąkolwiek wiadomość.
- Nie ma go w mieszkaniu - dodał po chwili Dave.
- Kurwa! - wykrzyczał Carmine. Był cholernie zdenerwowany. Nie chciał jednak wyrażać tego poprzez radio. Dodał jedynie - Możecie wracać. Nie pokazujcie mi się na oczy. Jutro macie dzień wolnego.
- Szefie, przepra... - nie zdążył dokończyć.
- Nic, do cholery, nie mów - oznajmił jedynie przełożony.
Steve rozsiadł się w fotelu. Zapalił papierosa i popijał, już prawie zimną, kawę. Musiał czekać aż ten gówniarz znowu się pojawi.
***
Właśnie mijała dwunasta godzina pracy Jamiego. Powoli kończył i zaczął szykować się do wyjścia. Gdy Jack to zobaczył rzucił do niego wznosząc wzrok z nad swego smartfona:
- Gdzie ty się wybierasz?
- Do domu. Przecież nie będę tutaj siedział cały czas- odparł Jamie.
- Będziesz. Nie możesz nigdzie wychodzić.
- A gdzie mam spać?
- Powiedz co potrzebujesz, a chłopaki to przywiozą.
- To oznacza, że mam tutaj cały czas siedzieć. Ciekawe przez ile? - Jamie był wyraźnie poddenerwowany.
- Nie wiem przez ile. Ja jedynie wykonuje rozkazy - oznajmił czarnoskóry chłopak. Po chwili dodał - Zapisz co potrzebujesz. Przekażę chłopakom.
Jamie sięgnął po znajdujący się nieopodal notes. Na odległym stole znalazł ołówek. Zapisał kilka pozycji i podał kartkę Jackowi.

1. Telewizja
2. Wygodne łóżku
3. Wódka
4. Mountain dew
5. Papierosy
6. Komiksy z mojego mieszkania

- Możesz pracować dalej - spojrzał na niego strażnik.
- Jestem zmęczony - odparł Jamie i opadł na krzesło.
Jack wyciągnął z kieszeni telefon. Wykręcił jakiś numer i swemu rozmówcy przekazał całą listę podaną mu wcześniej. Po około dwóch godzinach znów pojawiła się furgonetka, którą rano dostarczono sprzęt laboratoryjny. W wolnej przestrzeni magazynu, kilka metrów od stołów, pojawiły się dwa jednoosobowe łóżka oraz telewizor, a na nim stos komiksów z pierwszego lepszego kiosku. Jamie był zdenerwowany, ale w końcu doszedł do wniosku, że jego mieszkanie musi być pod stałą obserwacją. Chłopak położył się na łóżku, włączył kanał muzyczny i przeglądał komiksy popijając mountain dew z wódką oraz przegryzając hamburgerem. Nie chciał z nikim rozmawiać, a tym nie z facetem, który miał go pilnować. Leżał tak około godziny, a potem zasnął.
***
Steve Carmine nadal siedział w swym biurze. W jego głowie rozpętała się prawdziwa burza. Nie wiedział co może zrobić, aby odnaleźć chłopaka. On był jeszcze młody, można było go uratować. Detektyw naprawdę nie wiedział od czego może zacząć. Ślad po dzieciaku urwał się nad ranem. Niedługo po tym, gdy przybył do niego dostawca z pizzą. Nie rozumiał jak chłopak mógł wymknąć się nie zauważony. W pewnym momencie coś do olśniło. Wstał, w biegu założył marynarkę i odjechał z parkingu z piskiem opon. Po nie całych siedmiu minutach stał przed wejściem do budynku, w którym mieszkał chłopak. Wszedł do środka. Poruszał się powolnie, chciał zauważyć każdy szczegół. Wyczulił swe zmysły. Idąc parterem spojrzał na drzwi, które wcześniej nie przykuły jego uwagi w najmniejszym stopniu. Widniała na nich niewielka, zielona tabliczka oznajmiająca o tym, że znajdują się za nimi schody prowadzące w dół. Wyciągnął broń z kabury przy pasku. W drugiej ręce trzymał wielką, metalową latarkę, która w ostateczności mogła posłużyć za pałkę. Zaczął schodzić. Mimo delikatnie stawianych kroków stare, drewniane schody skrzypiały. Pod światłem latarki widział, że biała farba, która ktoś je pomalował, złuszczała się. Gdy znalazł się na dole dostrzegł włącznik światła na ścianie po prawej stronie. Po zapaleniu światła jego oczom ukazały się trzy wejścia z lewej i dwa z prawej zamknięte na kłódki. Ruszył do przodu. Minął dwa pomieszczenia po obu stronach. Spojrzał za róg. Po prawej znajdowała się wnęka, a w niej kolejne drzwi. Detektyw poszedł w ich kierunku. Jako jedyne nie były zabezpieczone. Pchnął je delikatnie i po przejściu pięciostopniowych schodków znalazł na podwórku za budynkiem. Teraz już wiedział jak chłopak wydostał się z budynku niezauważony. Jego podwładni powinni bardziej przykładać się do swojej pracy. Złapał za telefon i wykręcił numer do jednego z techników. Kazał mu zamontować kamery na tyłach budynku oraz w mieszkaniu dzieciaka. Miał jedynie podejrzenie i rozumiał, że jego działanie narusza prawo. Podstępować mógł tylko i wyłącznie dzięki wiernemu zespołowi. Wykręcił numer do Migela i oznajmił mu, że mają pełnić warty przy monitorze po dwanaście godzin tuż po zakończeniu jednodniowego urlopu.  Teraz mógł wracać do swego mieszkania. Droga zajęła mu piętnaście minut, które szybko upłynęły podczas rozmowy z Michelle. Umówił się z nią na jutrzejszy wieczór. Wszedł do windy i wjechał na czwarte piętro. Pokonał kilka kroków i znalazł się przed drzwiami. Szukanie kluczy po wszystkich kieszeniach oraz mini zawał na myśl o tym, że mógł je zostawić w biurze trwały około trzydziestu sekund. W końcu okazało się, że bezpiecznie spoczywały w małej kieszeni marynarki na wysokości pasa. Było to specjalnie przygotowane miejsce na jego zamówienie. Pchnął delikatnie drzwi i wszedł do środka. Poprzez zasłonięte, duże okna wpływało do środka wystarczająco światła z miejskich budynków, że można było zauważyć sylwetkę osoby siedzącej na kanapie. Detektyw już chciał sięgnąć po broń. Wtem usłyszał:
- Siadaj Stevie. Nie zapalaj światła.
- Czego ode mnie chcecie? - jego głos aż przesiąknął zdenerwowaniem. Ręce mu drżały. Wydane polecenie wykonał szybko.
- Wielu rzeczy. Dobrze wiesz, że od nas nie da się uciec - odparł mężczyzna.
- Rozumiem. Co mam dla was zrobić.
- Dowiesz się w odpowiednim momencie. Na razie wykonuj swoją pracę. Pamiętaj, że nasi wrogowie nie mają zbyt wiele szczęścia w życiu - groza w jego głosie złamałaby każdego cwaniaka.
- Po co tutaj przyszedłeś? - spytał Carmine.
- Po pierwsze chciałem zobaczyć jak się ustawiłeś. Swoją drogą niezła ta twoja kochanka, ale tak masz rację, jest nudna. A po drugie nie chcę, żebyś zapomniał, że jestem naszym dłużnikiem - oznajmił mężczyzna, poczym wstał z kanapy. Ruszył w kierunku drzwi, złapał za klamkę, odwrócił się i dodał - Pamiętaj Stevie dla nas nie ma rzeczy niemożliwych. Do zobaczenia - po tych słowach opuścił pomieszczenie.
Detektyw czuł jak po plecach, całymi strugami, spływa mu pot. Cały drżał, krew uderzała mu do głowy. Podszedł do mini baru i nalał sobie szklankę whisky. Odstawił ją na stolik. Zdjął marynarkę oraz koszulę i rzucił je na fotel. Usiadł na kanapie i ponownie wziął szklankę do ręki. Spojrzał na szklany stolik. Leżała na nim koperta o rozmiarze A4. Widać było, że jest czymś wypełniona. Sięgnął po nią. W środku znajdowała się kartka z notatnika, broń oraz dziesięć tysięcy dolarów. Odłożył pieniądze i pistolet. Skupił się na przeczytaniu wiadomości jaką zostawił mu ten mężczyzna.

Stevie pamiętasz ten magazyn w dokach. Znalazłeś tam trzy ciała. Pojawisz się tam za równo tydzień o 22. Sprawdź dokładnie kopertę. Jest tam zdjęcie. Wykorzystasz go, żeby zdobyć informacje. Nie używaj służbowej broni. Teraz pracujesz dla nas, nie dla nich. Pamiętaj o tym. Masz działać sam. Wiesz co robić. Spal tą kartkę.
Do zobaczenia...


Cholerne trzy kropki - pomyślał Carmine. Znał zasady i wiedział, że tych nie może w żaden sposób naruszyć. Nie miał zamiaru wchodzić w konflikt z tymi ludźmi. Był na każde zawołanie i posłusznie wykonywał rozkazy. Myślał nad tym wszystkim znów popijając whisky dopóki nie zasnął.

wtorek, 2 czerwca 2015

Cena - część 2

Ben nie wiedział czego się spodziewać. Po wyjściu przywódcy gangu jego wątpliwości zostały natychmiast rozwianie. Nie było mu dane długo pożyć. Jeden z nich wyciągnął broń. Wycelował prosto między oczy chłopaka. Strzelił. Głowa opadła w dół. Razem z krzesłem, do którego był przywiązany, wrzucili jego ciało do wody. Ben był zbyt porywczy. Powiedział za dużo. Stał się niepotrzebny i to właśnie sprawiło, że zginął. Mężczyźni niespiesznie wrócili do swego auta. Wsiedli. Zapalili papierosy. Spokojnie zaciągali się gęstym dymem tytoniowym. Siedzący na miejscu pasażera włączył radio. Przyciszył. Była ósma wieczorem. Właśnie prezenter przestawiał wiadomości z całego dnia. Uchylili elektrycznie sterowane szyby suva. Mieli odjeżdżać. Kierowca spojrzał w lusterko wsteczne. Rysowała się na nim jakaś sylwetka.
- Co do... - nie zdążył dokończyć. Padł strzał. Jego głowa opadła na kierownicę. Pasażer próbował się odwrócić. Kula była jednak szybsza. Niedopalony papierosy wypadł mu z ręki na welurową podłogę. Głowa opadła na bok. Spływająca z niej krew plamiła fotel i ubranie kierującego. Zabójca wysiadł. Poprawił marynarkę. Spokojnym krokiem udał się w stronę zaparkowanego nieopodal ciemnego sedana. Schował broń do kabury pod pachą. Upuścił dwie łuski kalibru .45 tuż przy kontenerze na śmieci. Takiej broni używali obaj gangsterzy. Odjechał.

Jamie wracał do mieszkania. Przed budynkiem stał zaparkowany czarny cadillac. Fakt ten był o tyle dziwny, że nikt z czterech mieszkań nie mógł pozwolić sobie na takie auto. Drzwi do mieszkania zastał delikatnie uchylone. Cholernie się bał. Wyciągnął broń. Szybko wpadł do środka. Wysoki, czarnoskóry mężczyzna siedzący na kanapie spojrzał na niego i z opanowaniem powiedział:
- Odłóż pistolet. Siadaj. Musimy porozmawiać.
- O co chodzi?! Gdzie jest Benny?
- Nie żyje.
- Co? Kurwa... Kim ty jesteś?
- Spokojnie. Nie musisz bać się o swoje życie.
- Jak mam być spokojny. Zabiłeś mojego kumpla.
- Za dużo gadał, wiesz?
Jamie nie mógł zaprzeczyć stwierdzeniu nieznajomego. Ben nie potrafił opanować swojego języka. Odłożył broń na stolik. Usiadł na swoim ulubionym fotelu. Nie mógł uratować kumpla, ale chciał zachować chociaż swoje życie. Nie lubił ryzykować, ale dla własnego dobra musiał wejść w tą grę.
- Czego ode mnie chcesz?
- Twojego wynalazku. Chce, abyś dla mnie pracował.
Teraz rozumiał dlaczego ten idiota zginął. Z pewnością handlował na terytorium należącym do faceta, który teraz przed nim siedział. Brak umiaru całkowicie go zgubił i spowodował straszne, nieuleczalne schorzenie - śmierć. Jamie chciał za wszelką cenę wejść w układ z tym człowiekiem. W innym razie mógł dołączyć do swego współlokatora.
- Co dokładnie miałbym robić?
- Ile jesteś w stanie wyprodukować w ciągu tygodnia?
- Trzy kilogramy.
- Mało, za mało. Musisz produkować co najmniej dziesięć. Dopiero wtedy interes będzie dla nas opłacalny.
- Potrzebuję lepszego sprzętu. Wtedy dam radę.
- Widzisz. Wystarczy odpowiednie podejście do sprawy. Napisz mi adres twojego laboratorium. Powiedzmy, że za dwa dni o szóstej rano moi ludzie przywiozą sprzęt - Jamie napisał na niewielkiej, niebieskiej karteczce adres portowego magazynu. Mężczyzna podniósł ją stolika. Spojrzał i powiedział:
- Mądrze. Jeden z tych magazynów, w którym kiedyś składowano odpady chemiczne. Widzę, że myślisz. Dobrze, bardzo dobrze - Jamie odparł jedynie skromnym uśmiechem. Gangster nie liczył na odpowiedź. Dodał:
- Jestem Mike. Nie szukaj mnie. Jeśli będziesz potrzebny, znajdę cię. Do zobaczenie, Jamie.
Po tych słowach opuścił mieszkanie. Teraz chłopak mógł odreagować całą sytuację. Szok, jaki ogarnął jego ciało, sprawiał, że nie mógł się poruszyć. Chwila zastanowienia dała mu do zrozumienia, że musi jak najszybciej ogarnąć mieszkanie. Policja prędzej czy później trafi do miejsca, gdzie mieszkał zamordowany diler. Nie chciał dać im powodu do podejrzeń wobec niego. Taki obrót spraw mógł sprawić, że cały interes z super-strzałem pójdzie w cholerę. Fajna nazwa pomyślał. Trzeba będzie to drukować na małych torebkach. Zadowolenie powolni brało górę nad uczuciem straty kumpla. Włączył muzykę i wziął się za porządki.
***
Detektyw Steve Carmine siedział wygodnie w swoich skórzanym fotelu. Przytulnie urządzone biuro nie zmuszało do żadnego pośpiechu. Popijał czarną kawę z papierowego kubka i przegryzał kanapki z szynką i serem. Liczył, że dzień minie spokojnie i nie będzie musiał gdziekolwiek się ruszać. Od wydarzeń w stolicy hazardu minął już ponad rok. Na własną prośbę został przeniesiony do Nowego Jorku, gdzie przydzielono go  do lokalnego wydziału zabójstw. Spokojny poranek zaburzył jednak telefon. Podniósł słuchawkę. Kurwa, pomyślał. Dwa trupy nieopodal magazynów. Wykonał kilka telefonów i sam udał się na podane miejsce. Powierzchowne oględziny nie wykazały nic poza kopertą na tylnim siedzeniu auta. Żadnych śladów. Dwie łuski kalibru .45 tuż obok śmietnika. Założył lateksowe rękawiczki. Podniósł kopertę. Była dość ciężka. W środku znalazł kartkę z napisem szkoda chłopaka i kamerę wideo. Położył wszystko na klapie bagażnika swojej crown victorii. Włączył kamerę. Było na niej tylko jedno nagranie. Odtworzył. Cholera, pomyślał.
- Kenny, chodź tutaj. Kurwa...
- Co jest? - odparł znajdujący się kilka metrów dalej technik badający miejsce zbrodni.
- Mamy trzeciego trupa.
- Jakoś go, kurwa, nie widać.
- Nie żartuj. Ściągaj nurków. Ci goście, których masz w wozie zabili jakiegoś chłopaka, a potem ktoś wykończył ich.
- Co? - nie mógł ukryć zdziwienia na swojej twarzy, choćby bardzo chciał.
- Wrzucili go do wody. Trzeba będzie zanurkować. Rozumiesz? - Steve zaczął się denerwować.
- Jasne, już dzwonie.
Detektyw w swojej głowie rozważał kilka scenariuszy tego co mogło się wydarzyć. Wiedział, że zamordowani czarnoskórzy byli gangsterami. Handlowali narkotykami i zajmowali się prostytucją, ale dlaczego mieliby zabijać młodego chłopaka. Marzenie o spokojnym dniu poszło całkowicie w rozsypkę. Miał nadzieję, że dziś idąc spać nie będzie myślał o kolejnej sprawie do rozwiązania. Wsiadł do samochodu. Przez radio zameldował o zaistniałej sytuacji. Mógł wracać do biura i czekać na wyniki oględzin. Musiał zapoznać się dokładnie z życiorysami tych facetów. Ważna była identyfikacja utopionego. Cholera. Żadnego spokojnego dnia. Pieprzone miasto. Zamyślił się. Wtem z amoku wyrwał go dzwoniący prywatny telefon. Nieznany numer. Jedno zdanie. Dwa słowa.
- To my - nic więcej nie usłyszał. Wiedział o kogo chodzi. Należało podejść do sprawy rozważnie. Nie chciał paść ofiarą tych ludzi. Odpalił silnik. Ruszył w kierunku siedziby wydziału zabójstw. Kolejnych kilka godzin spędził przed ekranem komputera. Próbował znaleźć jakiekolwiek powiązaniem między mężczyznami a młodym chłopakiem. Po wyłowieniu ciała znaleziono przy nim prawo jazdy. Ben Terry. Jakie mógł mieć powiązania z gangsterami? Znał już adres chłopaka. Postanowił skorzystać z okazji i po drodze wpaść na lunch z przyjaciółką. Mimo trzydziestu czterech lata na karku nie miał żadnej partnerki ani chociażby żony. Michelle była strasznie nudna. Czekała już od przeszło piętnastu minut. Zamówiła sałatkę grecką. Wegetarianizm. Steve uśmiechnął się z daleka zamawiając średnio wypieczony stek. Odwzajemniła, lecz widać było, że coś jest na rzeczy. Chodziło jej o spóźnienie. Miała zły dzień. Pracowała w biurze tuż obok budynku komisariatu. Kierowała zespołem handlowców sprzedających ubezpieczenia. Bogata i niezależna. Spotykał się z nią tylko dlatego, że mógł liczyć na niezobowiązujący seks średnio trzy razy w tygodniu. Pomagała się zrelaksować po ciężkim dniu pracy. Ładna. Mogła towarzyszyć na różnych imprezach. Spędził z nią trzydzieści minut. Ruszył dalej. Prosto do mieszkania zamordowanego chłopaka. Stanął przed drzwiami. Nosiły jeszcze ślady grzebania przez kogoś przy zamku. Delikatnie zastukał. Usłyszał kroki. Ktoś zbliżał się w jego stronę. Dźwięk przekręcanego klucza. Otworzył mu młody, mniej więcej dwudziestoletni chłopak. Wyglądał na lekko przygnębionego.
- Witam. Detektyw Steve Carmine. Przychodzę w związku ze śmiercią twojego współlokatora.
Chłopak zaprosił go ruchem ręki do środka. W pomieszczeniu wyczuwalny był silny zapach tytoniu oraz alkoholu. Nie można nie zauważyć, że musiał ostro pić ostatnimi czasy, pomyślał.
- Proszę - powiedział ochrypłym głosem wskazując kanapę.
- Postoję - odparł sucho śledczy.
- Czego pan ode mnie chce? - chłopak był wyraźnie zniecierpliwiony. Z pewnością chciał jak najszybciej przyssać się do butelki.
- Liczę, że powiesz mi jaki związek mieli z nim ci ludzie - rzucił na stolik zdjęcia dwóch zastrzelonych czarnoskórych mężczyzn.
Chłopak przyjrzał się im uważnie. Jeden z nich był podobny do tego, który niedawno chciał odebrać
mu życie. Nie dał po sobie nic poznać. Powiedział jedynie:
- Wiem, że Benny prowadził z tymi facetami jakieś interesy. Nie znam żadnych szczegółów. Znikał
na całe noce. Przynosił dużo forsy. Z pewnością im podpadł.
Detektyw spojrzał na niego. Spokój. Tylko to malowało się na jego młodzieńczej twarzy. Mieszkanie pewnie zostało już wyczyszczone z wszelkich dowodów, bo oprócz panującego brudu wszystkie rzeczy zostały uporządkowane.
- Z tobą też rozmawiali? - zabrzmiało jak stwierdzenie z ust detektywa. Chłopak wzdrygnął się.
Tak, pomyślał Steve. Mam cię gnojku. Trzeba będzie posłać za nim ogon.
- Nie, do cholery. Nigdy nie chciałem mieć z takimi ludźmi czegokolwiek wspólnego. I, kurwa,
nie mam. Rozumiesz glino?
- Spokojnie dzieciaku. Broń może przez przypadek wypalić w każdej chwili. Rozumiesz? - Carmine zmroził mu krew w żyłach. Jamie nie spodziewał się takiej reakcji na swoje słowa. Po chwili dostał do ręki wizytówkę:
- Tutaj masz mój numer, gdybyś jakimś cudem cokolwiek sobie przypomniał.
- Wątpię - odparł chłopak, a detektyw opuścił pomieszczenie trzaskając drzwiami tak, że wszyscy
o tym wiedzieli.
***
Pozostał w fotelu. Dziękował Bogu, że zdążył uprzątnąć mieszkanie przy okazji wypalając ogromną ilość papierosów. Rozlana na dywan wódka też zrobiła swoje. Jeden kieliszek do ust, aby on również zionął alkoholem. Kutas połknął haczyk, pomyślał. Musiał wymknąć się przez piwnicę i podwórko na tyłach kamienicy, by mieć pewność, że żaden gliniarz nie podąża jego śladem. Miał wyjść dopiero jutro nad ranem. Włączył telewizor. Popijał colę z wódką. Zrozumiał, że przed chwilą mógł zastrzelić go zwykły gliniarz. Życie jest kurewsko niebezpieczne. Teraz rozumiał. Po około godzinie zasnął. Obudził się tuż po czwartej. Wziął telefon. Zamówił pizzę z pepperoni i podwójnym serem. Dostawca przyjechał około czwartej czterdzieści. Zjadł niespiesznie. Wziął szybki prysznic. Wyszedł kilka minut po piątej. Ruszył w stronę przystanku autobusowego. Cały czas oglądał się za plecy. Czuł
na sobie czyjś wzrok. Czekał pięć minut. Pojechał w przeciwną stronę niż zwykle. Postanowił, że pojedzie metrem i ostatnie dwa kilometry przejdzie pieszo. Dochodził do magazynu. Z daleka widział zaparkowaną furgonetkę. Stało przy niej pięciu mężczyzn. Spóźnił się przeszło piętnaście minut. Miał jednak pewność, że nikt go nie śledzi. Odebrał od nich cały sprzęt potrzebny do laboratorium. Nie byli zbyt skorzy do rozmowy, więc sam nie zaczynał. Nosili przy sobie pistolety maszynowe mac-10. Pomogli mu rozstawić wszystko według dokładnych wskazań. Gdy to zrobili czterech wsiadło do furgonetki. Jamie spojrzał na tego, który został. No tak obstawa, pomyślał. Usłyszał oddalający się dźwięk silnika białego chevroleta. Młody chłopak w wieku amatora przedstawił się jako Jack. Chwilę potem dodał:
- Szef kazał mi tu zostać i cię pilnować, więc nie odpierdol żadnej głupoty.
Jamie spojrzał na niego. Młodzieniec próbował udawać gangstera, jednak po jego twarzy było widać, że misja jaką powierzył mu Mike nie była zbytnio satysfakcjonująca.
- W takim razie ja biorę się do roboty. Lepiej nie dotykał żadnego sprzętu.
- Nie mam najmniejszego zamiaru dotykać tego całego gówna.
- To dobrze - dodał Jamie i postanowił zabrać się do pracy.

środa, 27 maja 2015

Cena - część 1

- Pieprzony czarnuch - powiedział pod nosem Jamie patrząc na leżącego w kałuży krwi czarnego mężczyznę, który jeszcze przed chwilą próbował go zabić. Na szczęście to tamten zginął. Ciężko dyszał. Uciekał przed nim kilka przecznic. Próbował zapalić papierosa, jednak ręka bardzo mu się trzęsła. Czuł ogromne zdenerwowanie. Nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś poluje na jego życie. Jedyne co chciał to zarobić parę dolców, żeby jakoś przeżyć. Na ulicy prawie nikt go nie znał. Wyglądał jak typowy diler narkotyków. Zawsze nosił tą samą szarą bluzę z kapturem i ciemne jeansy. Pod większą o rozmiar bluzą mógł swobodnie ukryć broń. Krótki pistolet 9mm był wystarczający. Posiadał go od przeszło pięciu lat, lecz dopiero teraz przyszło mu użyć go. Zawsze chciał zostać bogaty, co sprawiało,  że kłopoty z prawem były nieodzowną częścią jego życia. Spojrzał jeszcze raz na ciało. Był cholernie zdenerwowany. Nie chciał nikogo zabijać. Splunął i ruszył w stronę swojego mieszkania. Droga zajęła mu jakieś dwadzieścia minut. Cały czas unikał wzroku innych ludzi. Stanął przed drzwiami. Wyjął klucz z kieszeni spodni, włożył do zamka, przekręcił i wszedł do środka. Widok był co najmniej zatrważający. Wszędzie stały puste butelki po alkoholu. Na kanapie leżał jego współlokator, a zarazem partner w interesach, Ben. Był tak naćpany, że ledwo kontaktował. Nie dawał oznak życia, ale Jamie wiedział, że ich towar jest wspaniały właśnie dzięki takiemu działaniu. Wziął piwo z lodówki i usiadł na fotelu. Włączył telewizor, lecz nie skupiał się na jego przekazie. Myślał o tym, co dziś spotkało go na ulicy. Koleś chciał go zabić, jednak nie wiedział co takiego zrobił. Tak myślał. Należało to do rzadkości, ale teraz kiedy chodziło o ratowanie własnej skóry wytężał swój umysł. Brał pod uwagę wszystkie wydarzenia, które mogły sprawić, że ktoś chciał jego śmierci. W pewnym momencie czuł, że zmęczenie bierze górę. Poddał się temu uczuciu i zasnął. Obudził się koło południa. Jego kumpel otwierał właśnie drugie piwko. Jamie postanowił o niczym mu nie mówić. Powiedział tylko:
- Nieźle wczoraj zaćpałeś. Poszło pewnie towaru za jakieś dwa tysiące.
- Nie no, aż tak to nie balowałem. Najwyżej za pięć stów - odparł Ben.
Wyglądał strasznie, lecz tak prezentował się prawie zawsze. Codziennie w tym samym dresie i sportowych butach. Dla niego najlepsze w pracy z narkotykami było to, że miał ich również pod dostatkiem dla siebie. W przeciwieństwie do niego, Jamie nie brał ich w ogóle. Za dużo widział. Narkotyki niszczyły nawet tych najsilniejszych i najbardziej odpornych. Dla niego liczyła się tylko kasa, nie musiał jeszcze degustować towaru. Dobrze wiedział, że to co produkują i wpuszczają na rynek strasznie wyniszcza organizm i uzależnia na zawsze. Los chciał, że jedyne co mu zostało to właśnie handel tym gównem. Kochał zapach pieniędzy, choć nigdy nie miał ich zbyt wiele. Teraz wszystko miało się odmienić. Postanowił się wzbogacić. Nie chciał przebierać w środkach. Wiedział jednak, że nie jest odporny na widok krwi i umierającego człowieka w takim stopniu jak do tej pory sądził. Spojrzał na swego przyjaciela. Było mu żal, że ten tak szybko się stacza. Nie mógł przecież brać odpowiedzialności za czyjeś życiowe wybory. Spojrzał na stolik. Wśród butelek leżał colt. Spojrzał na Bena i powiedział:
- Weź to schowaj do cholery. Nie trzymaj broni na widoku. Zacznij zachowywać się poważnie. Co by było, gdyby gliny tu wpadły? - nie dał mu nawet odpowiedzieć - Poszedłbyś z miejsca siedzieć
za nielegalne posiadanie broni idioto.
- Stary weź wyluzuj. Nic złego się nie stanie. Nikt nie wie nic o naszych interesach.
Cholernie go denerwował, ale bez jego pomocy rozprowadzanie towaru na ulicy nie szło tak sprawnie, jak działo się to w tej chwili. Z dnia na dzień zarabiali pieniądze, o których do tej pory mogli tylko pomarzyć. Chciał, żeby było tak jak uważał ten debil. Jamie wyszedł. Złapał autobus i pojechał w kierunku podmiejskich magazynów. Ani na chwilę nie opuszczało go uczucie tego, że jest śledzony. Magazyn numer dwadzieścia dwa. Tutaj mógł trafić każdy kto miał jakiekolwiek podejrzenia. Wynajęty za ostatnie pięćset dolców Bena miał przynieść ogromny zysk.
***
Zaczął się nowy dzień. Przyszedł czas na pokonywanie kolejnych wyzwań. Teraz śmierć czaiła się na każdym kroku. Szła w parze z pieniędzmi. Tworząc trio z niepohamowaną chciwością. Przez swe słabe ludzkie ciało czuł jak górę biorą przyziemne przyzwyczajenia. Za wszelką cenę chciał wyzbyć się tego uczucia. Przygotowywał się do kolejnego zadania. Jego twarz pozostawała niewzruszona. Patrzył o wiele dalej niż sięgał wzrok. Działał niespiesznie, lecz zawsze wyjątkowo skuteczne. W końcu sprawiedliwość była nieunikniona. Z wynajętego mieszkania roztaczał się widok na Manhattan. Piękny krajobraz miasta spowitego grzechem. Odwrócił się plecami do okna. Luksus. Nienawidził tego słowa. Dla niego był to bezmyślny przepych, który sprawiał, że ziemski byt stawał się przyjemny. Słowo niewyrażające żadnej wartości. Jedynie przywiązanie do materializmu. Zguba. Nic więcej.
***
Wszystko miało pójść gładko i bez najmniejszych problemów. Minionej nocy zauważał, że nie będzie to wcale takie proste jak początkowo się wydawało. Otworzył niewielki drzwi i wszedł do pomieszczenia od tyłu. Niestety, żeby można było cokolwiek zrobić najpierw należało posprzątać.
- Do jasnej cholery. Dlaczego ten idiota jest tak nieodpowiedzialny? - powiedział półgłosem.
Przez zachowanie swego przyjaciela mogli wpaść w każdej chwili lub najzwyczajniej w świecie dostać kulkę prosto w łeb. Perspektywy takiego końca nie należały do ich oczekiwań, jednak były bardzo prawdopodobne. Stary magazyn przez przeszło dwadzieścia lat służył za przechowalnie odpadów chemicznych. Jedynie co zostawało po produkcji w pomieszczeniu to mocny słodkawy zapach. Jego stężenie po dwunastu godzinach pracy pozwalało się ostro naćpać. Ben pojawiał się koło czwartej po południu i odbierał przygotowany do dystrybucji narkotyk. Odkąd rozpoczęli swoją działalność zawsze, według niego, produkowali za mało. Jamie zazwyczaj zbywał go zwykłym spierdalaj i kazał w kilku prostych słowach iść sprzedawać to gówno. Może ten mały gnojek nie był zbyt inteligentny, ale za to miał jaja ze stali. Potrafił handlować w miejscach, których gliniarze ani na chwilę nie spuszczali z oczu. Najgorzej na ulicy mieli czarni. Trafiali do paki nawet za to, że witając się zbyt długo potrząsali dłońmi. Z nimi żaden detektyw nie chciał iść na ugodę. Najczęściej z miejsca dostawali od trzech do pięciu lat za handel narkotykami. Benny pracował w tym interesie dość długo. Nigdy nie zarobił kokosów, ale zdobył coś znacznie cenniejszego. Doświadczenie, bez którego nie można było się obejść. Oczywiście na wszelki wypadek potrafił też szybko biegać, choć wcale na takiego nie wyglądał. Nigdy nawet nie myślał o tym, żeby strzelać do gliniarzy. Dziś wieczorem wybrał klub nocny dla średnio zamożnej klienteli. Średnio kupowali oni towar o wartości stu dolarów na osobę. Dawało mu to około trzynastu tysięcy dolarów w jeden weekendowy wieczór. Dla Jamiego taka stawka nie była warta ryzyka jakie podejmowali przez cały czas. Chciał działać na szerszą skalę. Ryzyko było ogromne. Zarobionymi pieniędzmi dzielili się po połowie. Dla obu było to sprawiedliwy podział i nie mieli zamiaru nic zmieniać. Tego wieczora zysk wyniósł dwanaście tysięcy pięćset. Ładna sumka, lecz czy warto za nią stracić wolność. Do mieszkania wrócił około piątej nad ranem. Jego wspólnik jeszcze smacznie spał, a w salonie unosiła się silna woń alkoholu. Diler wziął bardzo szybki prysznic i położył się spać. Przedtem odłożył część pieniędzy należącą do kumpla w ustalone miejsce.Poczuł silne kopnięcie. Przez sen wymamrotał kilka nieprzychylnych słów na temat matki zadającego cios. Myślał, że to Jamie. Niestety pomylił się. Przy łóżku stało dwóch czarnych mężczyzn. Mieli około metra dziewięćdziesiąt wysokości. Obaj nosili skórzane kurtki i czarne spodnie. W dłoni tego, który znajdował się bliżej twarzy leżącego na kanapie, była broń. Czarny, klasyczny glock.
- Wstawaj, szybko.
- Kurwa! Czego ode mnie chcecie. Ja nic nie wiem.
- Rusz się. Jedziesz z nami.
- Jesteście, do cholery, gliniarzami?
- Nie, szczęście cię opuściło - odparł ten stojący z tyłu.
- No już, bo nie chcesz, żeby nasz szef się wkurwił.
Ben założył w pośpiechu swoje codzienne ubranie. Wyszedł wraz z mężczyznami z mieszkania. Nie stawiał oporu. Wiedział, co się stanie, jeśli spróbuje uciec. Nie chciał aż tak bardzo ryzykować. Dziękował Bogu, że przyszli dopiero koło południa. Miał nadzieję, że Jamie znajdzie niewielki napis na blacie stolika salonowego. Bał się tego, co go czeka. Wsiedli do czarnego suva. Jeden z nich siadł tuż obok niego. Rozpoczęli podróż w nieznane. W pewnym momencie poczuł ukłucie na szyi. Zaczął od razu odpływać. Nie mógł nic zrobić z tym uczuciem. Narkotyk działał bardzo szybko. Nie wiedział, gdzie go zabierają. W jego głowie potęgował się ogromny strach. Zasnął. W tym czasie jego wspólnik pracował w laboratorium. Do mieszkania miał wrócić dopiero po ósmej wieczorem. Ben rzeczywiście nie miał szczęścia. Zdążyłby ostygnąć kilkakrotnie zanim ktokolwiek spostrzegłby, że go nie ma. Poczuł jak wiadro lodowatej głowy ląduje na jego twarzy. Nic nie widział. Oślepiało go światło lampki stojącej tuż przed nim. Usłyszał, że ktoś podchodzi z oddali. Nadal nie mógł dostrzec czegokolwiek. Powolnie z ciemności poczęła wyłaniać się jakaś postać. Dostrzegał jedynie kontury. Postawny, wysoki mężczyzna zbliżał się. Zatrzymał się. Chłopak poczuł na swej twarzy wzrok. Nie miał pojęcia czego może się spodziewać. Związane ręce i nogi nie pozwalały wykonać żadnego ruchu. Nagle facet zwrócił się do niego:
- Wiesz dlaczego zostałeś tutaj zaproszony?
- Nie wiem czego ode mnie chcecie do cholery!
- Ciszej, Domyśl się dzieciaku.
- Kurwa, nie wiem.
- Wytęż głowę. Zastanów się.
- Interesuje was towar, który sprzedaje.
- Dokładnie. Mój znajomy kupił ostatnio ten proszek od ciebie. Tuż obok mojego klubu. Rozumiesz gówniarzu? OBOK MOJEGO KLUBU DEBILU!
- Gówno wiesz o tym biznesie. Lata pracy nad układami z policją, żeby wszystko stracić przez
to twoje gówno. Co to w ogóle jest?
- Receptura takiego jednego kolesia. Nie znam składu, ale wiem co to robi.
- Ja też wiem. Facet miał takie ciśnienie, że rozwaliło mu mózg. Rozumiesz? Myślał, że kupuje amfetaminę, a dostał czystą śmierć.
-  Brałem to już kilka razy. Zawsze taki sam odlot. Bez komplikacji.
- Gówno mnie to obchodzi. Koleś wykitował w moim lokalu. Powód - przedawkowanie.
- Rozumiem - odparł Benny spuszczając głowę w dół.
- Nie, przez tą sytuację mogę stracić wszystko.
- Możemy wejść w układ. Będę ci płacił procent od każdej działki.
- A może po prostu cię zabiję, przejmę dostawy i sprzedam wszystko przez moim ludzi - zabrzmiało
to na tyle poważnie, że chłopak naprawdę się przeraził.
- Nie ma żadnych dostaw. Towar produkuje mój znajomy. Ja sprzedaję go w weekendy pod różnymi klubami.
Teraz Benny zaczął chodzić po bardzo cienkim lodzie. Chciał zrobić wszystko, aby stworzyć korzystny układ. Z gangami zawsze należało uważać. Mogli mu wpakować kulkę w łeb w każdej chwili podczas rozmowy. Musiał ostrożnie dobierać słowa, aby w żaden sposób nie urazić rozmówcy.
- Ile jest w stanie wyprodukować w ciągu tygodnia?
- Nie wiem. Ja jedynie handluje. Nic poza tym.
- Jak nazywa się ten twój znajomy i gdzie mieszka?
- Jamie, mój współlokator.
Mężczyzna spojrzał groźnie na swoich goryli, jednak młodzieniec nie mógł tego dostrzec. Byli tam
i mogli złapać obydwu naraz, ale spieprzyli sprawę. Przez chwilę stał w milczeniu. Patrzył w podłogę. W końcu powiedział:

- Dobra. Ja pojadę po jego kolegę - spojrzał na swoich ludzi - wy zajmiecie się nim.

czwartek, 21 maja 2015

Żądza - część 6 - OSTATNIA


Obudził się o piątej rano. Musiał zdążyć na poranną zmianę. Wstał. Nastawił wodę, aby jeszcze przed wyjściem do pracy wypić kawę. Nie był pewien co może go spotkać pierwszego dnia. Na ścianach wynajmowanego małego mieszkania widniało wiele zdjęć. Był wysportowany. W collegu grał w hokeja i dużo ćwiczył na siłowni. Dziś miał zacząć pracować jaki technik kryminalistyki na wydziale śledczym policji w Vegas. Był wysoki. Miał czarne włosy i niebieskie oczy. Poszedł wziąć prysznic. Kiedy wrócił zalał kawę i poszedł do salonu. Wtem zobaczył postać. Mężczyzna ubrany na czarno. Niewiele starszy od niego, bynajmniej tak wyglądał. Miał skórzane rękawiczki. W prawej dłoni trzymał pistolet. Z tłumikiem. Kurwa, pomyślał chłopak. Po krótkiej chwili krzyknął w stronę mężczyzny:
- Czego tu chcesz do cholery. Kim jesteś? - tak, był przerażony. Oto właśnie chodziło.
- Powiedzmy, że jesteś mi potrzebny - odparł obojętnie mężczyzna i kontynuował - albo pomożesz mi albo zginiesz. Masz wybór. Decyduj.
- W czym niby - prawie krzyczał, więc postanowił ściszyć głos i mówić dalej - miałbym ci pomóc.
- Widzisz chłopcze, dziś zostaniesz skierowany na miejsce zbrodni w Caesars Palace. Na miejscu będzie detektyw James Davis, swoją drogą straszny skurwiel. Rozumiesz?
- Tak, ale - nie zdążył dopowiedzieć, gdy na stoliku wylądowała jasno-brązowa koperta.
- Masz tam dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Wizytówkę. Telefon. Dokładnie instrukcje co i jak masz wykonać. Pamiętaj, że zawarłeś umowę. Wiem kim naprawdę jesteś i jeśli cokolwiek spieprzysz to cię znajdę - powiedział ubrany w czerń facet - skierował się do drzwi. Wyszedł.
Chłopak upuścił kubek, który roztrzaskał się o podłogę. Miał pojęcia co sądzić o sytuacji, która przedstawili rozegrała się w jego mieszkaniu. Myślał, że był bezpieczny. Skoro ten gość poznał jego przeszłość to w nowym otoczeniu mógł zostać rozpoznany równie szybko. Wiedział za to, że musi wykonać polecenie od nieznajomego. Inaczej czekała by go śmierć. Spojrzał na zegarek. Było dość późno. Miał zacząć o szóstej. Ubrał się. Wyszedł. Wsiadł do swojego mitsubishi i ruszył. Podczas jazdy zapoznawał się ze szczegółami. Zadanie było cholernie trudne, ale podejmowanie ryzyka miał we krwi. W tej chwili zrozumiał, że przeszłości nie można zostawić za sobą. Można tylko próbować o niej zapomnieć, lecz to nic nie zmieni. W pracy pojawił się minutę przed szóstą. Przeszedł pierwszą swego rodzaju odprawę. Szef odpowiedział o wszystkich. Na razie miał tylko sie przyglądać, ale już niedługo zacznie normalnie badać miejsca zbrodni. Kilkanaście minut przed godziną siódmą otrzymali wezwanie. Dokładnie Caesars Palace. Pokój 719. Trzy ofiary. Zmasakrowane. Sytuacja delikatna, ponieważ dwie z nich to córki detektywa z Nowego Jorku. Udali się na miejsce służbowym vanem. Micheal, praktykant, dostał zadanie dokładnego sfotografowania całego pokoju. Dwóch techników zbierało ślady. Był zręczny. Podrzucił wizytówkę dokładnie tam gdzie miała się znaleźć. Leżała po łóżkiem Jennette. Wszystko wyglądało tak, jak gdyby zabójca sam ją opuścił. Kaseta wylądowała według instrukcji pod szafką, na której stał telewizor. Uwiecznione na niej nagranie ukazywało auto mordercy oraz miejsce, w którym je zostawił. Policjanci, po tym znalezisku, przewijali to co zarejestrowały kamery hotelowego monitoringu. Wizytówka i kaseta wideo sprawiły, że wiedzieli gdzie szukać. Nadal jednak nie znali prawdziwej tożsamości sprawcy. Davis, gdy tylko dostał wszystkie informacje, postanowił jechać do znajdującego się nieopodal hotelu Luxor. Prawdopodobnie tam przebywał sprawca zbrodni, które wstrząsnęły wszystkimi śledczymi zaangażowanymi w tą sprawę.

Nie zasnął odkąd wrócił od tego chłopaka. W sumie był on całkiem sprytny. Udało mu się ukryć wszystko, a teraz jeszcze dostał się najbliżej osób, które tak zmieniły jego życie. Czekał. Siedział na kanapie i patrzył w telewizor, który był całkowicie wyciszony. Jeżeli cały plan wypalił to za jakieś dwie godziny Davis i Monrose zapukają do jego drzwi. Czas dłużył się bardzo. Na stole leżał pistolet maszynowy z tłumikiem. Nikt nie znał jego tożsamości. Działał zupełnie po cichu. Spojrzał na podłogę. Leżał tam neseser. Położył go stole i otworzył. Dokładnie dwa miliony dolarów w gotówce. Banknoty po sto. Sprawdzone. Czekał. Myślał o wydarzeniach ostatnich kilku dni. To był ostatni rozdział gry jaką prowadził do tej pory. Propozycja zamordowania tych dwóch skurwieli w taki sposób to według niego bardzo dobry epilog. Nikt nigdy nie podejrzewał, iż on, prywatny detektyw, to  tak naprawdę zawodowiec, który pomaga ludziom rozwiązywać problemy różnego kalibru. Teraz miał odbyć się finał. O tak, pomyślał. Czekał na tą chwilę ponad piętnaście lat. Planował jak skutecznie zbawić obu detektywów w jedno miejsce. Cały plan wypalił w najmniejszych detalach. Rzucił na stolik kilka kopert. W każdej z nich były zdjęcia i informacje. Nie zginął nikt przypadkowy oprócz tej suki, która próbowała go okraść. Każda z tych osób zasłużyła na śmierć. Tożsamość seryjnego mordercy była tylko przykrywką. Tak, teraz czekał na swój grande finale.
***
Davis wraz z dawnym partnerem stali pod pokojem. Numer 1107. Dał się łatwo namierzyć. Kamery. To dzięki nim zlokalizowali go tak szybko. W ogóle nie uważał. Śledczy nie widzieli w tym nic dziwnego. Myśleli, że po prostu popełnił błąd. Nic bardziej mylnego. Byli tylko we dwóch. Nie chcieli czekać na posiłki. Pomyśleli, że zabiją tego skurwiela tu i teraz. Próbowali być przebiegli, ale myśleli niestety nie w tak szerokiej perspektywie jak ich przeciwnik. James skinął do kolegi. Teraz znowu czuli się jak przed piętnastu laty, gdy jeszcze stanowili zespół. Niestety splot wydarzeń sprawił, że musieli się rozdzielić. Od tamtego czasu byli skłóceni. Zemsta za morderstwo córek Arthura sprawiła, że znów zaczęli się dogadywać. Zapukał i powiedział:
- Obsługa hotelowa. Można?
- Tak, proszę. Drzwi są otwarte - usłyszeli.
Weszli. Byli gotowi. Nie zdążyli unieść broni. Stał tam przed nim. Powiedział:
- Zamknij drzwi - polecenie zostało od razu spełnione, więc kontynuował - siadać - Oddajcie broń - zrobili to z lekkim zawahaniem - Nie wiem czy mnie pamiętasz Monrose. Ty skurwysynu. Spójrz mi w oczy.
Teraz go poznał. Widywał go wiele razy. W różnych miejscach. Restauracja. Koszenie trawnika. Prace remontowego. Dopiero w tej chwili skojarzył te fakty. Facet śledził go od jakiegoś pół roku. Nigdy jednak nie zwracał na niego uwagi. Wtedy Davis wstał z kanapy i poszedł do zabójcy. Arthur nie wiedział co się dzieje. Spytał:
- James, do cholery, znasz tego gościa.
- Tak. Cały czas pracował ze mną. Myślałeś, że zapomniałem o tym wszystkich co przez ciebie straciłem. Załatwiłeś wtedy tamtego gościa. Tak, właśnie ty, ale to ja odpowiadałem za wszystko. Teraz spójrz na niego. Nie przypomina ci kogoś?
- No właśnie. Można rozpoznasz we mnie kogoś?
- Niby kogo kurwa. Nic ci nie zrobiłem. Nie sądziłem Davis, że posuniesz się do czegoś takiego.
- Słuchaj przez ciebie wylądowałem na pustkowiu. Musiałem zaczynać od początku. A ty? Oprócz tego, że ominęła cię kara to jeszcze dostałeś awans, gnojku.
- James czy tamten chłopak nie piśnie czasem ani słówka? - spytał morderca.
- Spokojnie. Zająłem się nim. Zostawiłem też ten list, który mi dałeś. Chłopak nawet się nie stawiał. Sam podciął sobie żyły - odparł.
- Okay. To dobrze, dobrze. A ty dalej nie poznałeś kim jestem? - zwrócił się do siedzącego na kanapie Monrose'a.
- Nie. Nie wiem kim możesz być. Co takiego ci zrobiłem?!
- To był mój ojciec. Zabiłeś go. Był niewinny. Wiesz o tym doskonale. Przez ciebie moja matka popełniła samobójstwo. Nie mogła sobie poradzić po takiej stracie. Teraz już pamiętasz.
- Co do cholery? Przecież on zabił trzech facetów. Był mordercą. Takim samym skurwysynem jak ty!
- Nazywam się Harry Kennen. Chcę żebyś wiedział kto cię zabił. Mój ojciec był tajniakiem, dlatego zamieciono sprawę pod dywan. Teraz zapłacisz za wszystko, za całe moje cierpienie - spojrzał na Jamesa - Dobra musimy to zrobić. Niedługo zjadą się tutaj gliny.
- Okay. Rób co trzeba.
- Tylko powiedz jedno.
- Co chcesz wiedzieć?
- Dlaczego zabiłeś te wszystkie osoby?
- Nie radzili sobie w grze.
- Jakiej?
- Zwanej życiem - odpowiedział i nacisnął spust pistoletu maszynowego. Seria trzech pocisków dosięgła głowy Monrose'a w kilka setnych sekundy. Nie zdążył nawet się ruszyć.
- No to udało się. Teraz postrzel mnie, żeby wszystko wyglądało wiarygodnie - powiedział Davis.
- Spokojnie. Nie będzie musiał tego robić - powiedział ktoś obcy.
Drzwi łazienki się otworzyły. Wyszedł. Czekał na ten moment. Cały czas obserwował wydarzenia, który rozgrywały się wokół Harry'ego oraz detektywów. Celował prosto w głowy. Miał dla glock'i. Wyglądał na silnego. Chciał zrobić hałas. Davis wiedział, że przegrali całą partię. Znał tego człowieka. On zabił kilkudziesięciu takich jak oni. Kennen powiedział:
- Czego Ty do cholery chcesz? Pieniędzy? Jeśli tak to bierz je, ale daj nam odejść - miał nadzieję, że coś ugra taką zagrywką. Niestety była ona całkowicie złudna.
- Do zobaczenia w piekle - powiedział facet gorzko się uśmiechając.
Oddał cztery strzały, po dwie kule dla każdego. Spojrzał na Arthura. Mieli rację. Zapłacił za to. Sam też wymierzył sprawiedliwość. Wziął neseser. Wyszedł. Zjechał windą na dół. Mijał oddziały policji gotowe do szturmu na pokój 1107. Kamery nic nie widziały. Osobiście się tym zajął. Wyszedł z hotelu i zniknął w tłumie.
***
Przed drzwiami do pokoju stał Steve Carmin. Był gotów wejść do środka. Otworzył szybko drzwi. Wszedł. Za nim było pięciu policjantów. Widok, który zobaczył nie był dla niego zaskakujący. Od początku znał całą sytuację. Davis był strasznym skurwysynem. Śmierć należała mu się jak nikomu innemu. Podszedł do stolika. Leżała tam niewielka, biała koperta. W środku była złożona na pół karteczka. Detektyw wyjął ją. Przeczytał. Zaśmiał się. Rzucił ją na stolik. Wyszedł. Mundurowi spojrzeli na nią. Widniały tam tylko dwa słowa.
Złamali zasady

Nie rozumieli co to znaczy. Lepiej dla nich.

Zapraszam do oceniania oraz komentowania! :)